Rzeczpospolita POzorna

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj

Już kiedyś wspominałem, że politologia w naszym kraju coraz bardziej upodabnia się do futurologii, czyli wróżenia z fusów i coraz mocniej się utwierdzam w tym przekonaniu. Nie chodzi już jednak tylko o to, że jest to wróżenie, ale też o to, że faktycznie korzysta ono z fusów, a nie z realnych zdarzeń.

Oto stosunkowo często i być może za często komentujący sprawy bieżące dr M. Migalski, deliberuje w "Rz" nad niesłabnącym poparciem dla PO i pokazuje nam w punktach, z jakich to fusów korzysta. Zacznijmy od kwestii, którą nie tylko politolog powinien wziąć pod uwagę. Skąd wiemy o utrzymującej się na stałym wysokim poziomie popularności PO? Oczywiście od polskich tzw. sondażowni, które, jak pamiętamy, wsławiły się prorokowaniem zwycięstwa Tuska w I turze wyborów prezydenckich oraz zwycięstwem PO w wyborach parlamentarnych pamiętnego dla wykształciuchów przeklętego roku 2005.

Prof. R. Dyoniziak, którego książka "Sondaże a manipulowanie społeczeństwem" (Universitas, Kraków 1997) powinna stanowić lekturę obowiązkową nie tylko każdego studenta socjologii, politologii, ale i zawodowych socjologów, politologów oraz (tych nielicznych w Polsce) myślących dziennikarzy, przywołuje jeden z przykładowych sposobów, w jaki można z jakiegoś (przeprowadzonego zgodnie z procedurami) badania zrobić elegancką manipulację. Wystarczy przepytać ankietowanych, kogo uważają za najpopularniejszą aktualnie osobę w państwie, a następnie wyniki takiego badania przedstawić w mediach pod hasłem: kogo darzymy największym zaufaniem. Jest badanie? Jest. Są słupki, wskaźniki, można zilustrować diagramami w wiadomościach? Jak najbardziej. A że popularność to zupełnie coś innego niż zaufanie, to już drobiazg. Inny, podawany przez Dyoniziaka, przykład często pojawiającego się błędu w sondażach sprowadza się do tzw. zakamuflowanego uprzedzenia.

Socjolog przywołuje do ilustracji tego błędu przeprowadzony przed laty sondaż, w którym pytanie brzmiało tak: "Czy zgadza się Pan(i) na sposób, w jaki sprawują swój urząd: 1) Prezydent Lech Wałęsa, 2) Premier Józef Oleksy?" (Z powodzeniem analogiczny "sondaż" dotyczący Kaczyńskiego i Tuska mógłby pojawić się dziś). Oczywiście, dopuszczalne odpowiedzi to były "tak", "nie" oraz "trudno powiedzieć", co pozostawia stosunkowo małą możliwość manewru respondentowi przy tak skonstruowanym, podpowiadającym, że "coś jest nie tak", pytaniu. Biorąc zaś pod uwagę to, że sondaż nie uwzględnia rzeczywistej wiedzy respondentów na temat tego, co faktycznie w ramach sprawowania urzędu może zdziałać i robi taki a nie inny polityk oraz tego, jak niewielki procent obywateli żywo interesuje się polityką, możemy być pewni, że wyniki takiego sondażu dostarczą nam fusów, z których nic kompletnie nie będzie wynikać, choć, jak wiemy z naszej współczesnej historii, media nie z takich rzeczy potrafią ubić niezłą pianę.  

Po co o tym wszystkim piszę? No choćby po to, by z dużo większą rezerwą odnosić się do publikowanych raz po raz sondaży służących głównie sterowaniu świadomością społeczną, a nie dostarczaniu jakichkolwiek danych na temat rzeczywistych nastrojów wśród obywateli. To nieustanne oglądanie się na sondaże nasuwa skojarzenie z lekturą "Trybuny Ludu" w czasach rządów czerwonych, kiedy to, rzecz jasna, żadnych złych wiadomości nie było, społeczne poparcie dla gabinetu takiego czy innego kacyka nieustannie rosło (najwyżej z przejściowymi trudnościami spowodowanymi "planowymi niedoborami" na rynku), a Polakom żyło się lepiej i weselej z roku na rok. Dziś, gdy osiągnęliśmy stan gierkowskiej wprost propagandy wokół nierobiącego kompletnie nic gabinetu Tuska (z czego Migalski zdaje sobie sprawę), należy także sondaże brać za złą monetę, po prostu i na pewno na tej przesłance nie opierać całego rozumowania.

No ale śląski politolog sięga też po inne fusy, jak powiedziałem.Twierdzi, że ci, co poparli Tuska i jego szaloną kompanię (tu nieustannie będę wskazywał na mgr K. Hall, osobę będącą rażącym przykładem niekompetencji; minister, którą za programowe, konsekwentne niszczenie polskiej edukacji trzeba będzie postawić przed Trybunałem Stanu), nie mają alternatywy. Nawiasem mówiąc, takie myślenie bezalternatywne, to my znamy już z czasów peerelu, kiedy to PZPR wprawdzie byłzła, ale poza nią nie było nikogo, kto mógł pokierować sprawami państwa. Co ciekawsze, w postpeerelu, jakim była i jest III RP, podobne bezalternatywne rozwiązania polityczne były od samego początku. Nie było alternatywy dla okragłego stołu, potem dla wyboru Jaruzela na prezydenta, potem dla rządu Mazowieckiego, dla reform Balcerowicza itd. itd. Migalski jednak dorzuca jeszcze takie argumenty, że wyborca PO sobie myśli o takim ugrupowaniu tak, o innym siak, a o sytuacji w kraju tak a tak.

Otóż nie. Przeciętny wyborca PO nie myśli nic. Tego rodzaju przesłankę stosunkowo łatwo udowodnić. Człowiek myślący, widząc, że został całkowicie oszukany, a ugrupowanie dostało się do parlamentu opowiadając kompletne banialuki o jakimś "wielkim skoku" gospodarczym i cywilizacyjnym, niemalże jak za Mao Ze Donga w Chinach Ludowych, banialuki, od których już w trakcie słynnej debaty z J. Kaczyńskim włos się jeżył na głowie (choćby tym, co pamiętali KLD, Bieleckiego, Lewandowskiego z NFI itp., już nawet nie "nocną zmianę" - wystarczyło wspomnienie "liberalnych reform ekonomicznych" liberałów z Wybrzeża) - no więc ów człowiek myślący po roku rządów takiego ugrupowanie pokazuje mu wała i szuka innych politycznych rozwiązań.

By nie szukać daleko, prosty przykład z takim bucem, jak ja :) Popierałem np. AWS, gdy szedł do wyborów, widząc w nim jakąś alternatywę dla przeklętych komunistów, ale przecież już po niedługim czasie wiedziałem, że rządy AWS-u to kompromitacja dla polskiej prawicy, czego znakomitym przykładem była paranoiczna reforma szkolnictwa Handkego-Wittbrotta (choć przykładów innych znalazłoby się dużo więcej, ale nie czas dziś na takie retrospektywy). Już pomijam pomysł kohabitacji z UW, "partią ludzi mądrych", która na dno polityczne jest w stanie sprowadzić każde ugrupowanie. Z popierającego więc AWS zamieniłem się stosunkowo szybko w takiego wyborcę, który suchej nitki na AWS-ie nie zostawiał i widziałem jak na dłoni, jak ta sytuacja idealnie komponuje się ze strategią tryumfalnego powrotu czerwonych.

 

Skoro więc buc, jak ja, był w stanie stosunkowo szybko dokonać refleksji dotyczącej popieranego przez siebie ugrupowania i całkowitej rewizji takiego poparcia, to chyba ludzie o wiele mądrzejsi, za jakich uważają się zapewne zwolennicy PO, także powinni umieć czegoś takiego dokonać. Tak się jednak nie dzieje, co widzimy niezmiennie w rozmaitych komentarzach prasowych czy blogerskich nt. PO, co ewidentnie potwierdza tezę, że zwolennicy PO NIE myślą. Mnie to wcale nie martwi, ale Migalski powinien jednak tę kwestę wziąć pod uwagę, skoro stara się jakoś procesy mentalne w świadomości społecznej zrekonstruować. Podpowiadam więc, takich procesów generalnie u wielu naszych rodaków zwyczajnie nie ma i trzeba to przyjąć do wiadomości.

Inne fusy. Migalski, z pozoru słusznie, przypomina o niesłabnącym poparciu mediów dla PO. Błędnie jednak interpretuje to jako poparcie dla PO JAKO PO. M. Olejnik, J. Paradowska czy T. Lis, dziś rzekłoby się sztandarowi peokraci, jeszcze nie tak dawno skakali na zadnich nogach, jak mawia Michalkiewicz, przed Oleksym, Millerem, Kwaśniewskim i innymi Borowskimi, uważając ich formację za zbiorowisko niezastąpionych fachowców i pragmatyków pozbawionych tego "cholernego zacietrzewienia tępej prawicy", oglądającej się strachliwie wstecz jak żona biblijnego Lota. Ludzie mediów popierają po prostu tego, kogo należy popierać zgodnie z daną mądrością etapu, zaś dokładnie wiedzą (tak jak roślina "wie", jak się ustawić do światła), kogo nie należy NIGDY popierać. Ten fakt stałego poparcia dla tzw. naszych nie jest niczym nowym w przypadku polskich "ludzi mediów", którzy, jak choćby Olejnik czy Paradowska, swe szlify brali w epoce walki z "reakcją", a nie tylko przysłowie, ale i życie uczy, że stara miłość nie rdzewieje, a ręki, która karmi się nigdy nie kąsa. Zresztą, nie szukając daleko, całkiem niedawny, bo z końca sierpnia, znakomity felieton J. Darskiego zamieszczony na stronie niezależnej.pl (http://www.niezalezna.pl/blog/show/id/433) odtwarza panoramiczny obraz mechanizmu rozmaitych awansów w III RP, mechanizmu pozostającego pod całkowitą strukturalną kontrolą Układu. Proponuję lekturę tego tekstu nie tylko Migalskiemu.

Mówiąc nieco inaczej - tak naprawdę nawet owo szumne poparcie "ludzi mediów", rozmaitych "gwiazd" opiniotwóczych, które w normalnym systemie medialnym i normalnych warunkach społecznej rywalizacji nie zaszłyby nawet do połowy obecnej swojej zaowodowej drogi - jest tylko pozorem. Migalski więc nie powinien brać tego poparcia na serio, a już na pewno nie powinna go traktować poważnie sama, skołowana własnymi pseudo-rządami PO, którą ci sami ludzie mediów porzucą, "gdy Polska da rozkaz". Tym bardziej więc mija się z celem powoływanie się na jakieś poglądy dziennikarzy. Otóż większość polskich dziennikarzy nie ma ŻADNYCH, powtarzam, ŻADNYCH poglądów.

Żeby mieć poglądy trzeba mieć jakąś wiedzę o świecie, jakąś erudycję, jakiś krytyczny zmysł, jakiś stopień refleksji nad tym, co się dzieje. Tymczasem lektura tekstów takich ludzi, jak Olejnik, Wroński, Śmiłowicz i wielu wielu im podobnych, dowodzi, że to są osoby zupełnie pozbawione tych właśnie zalet. Innymi słowy, należy tego typu dziennikarzy traktować wyłącznie jako propagandystów, co wcale nie jest jakimś szczególnym dla nich afrontem, tylko chłodną konstatacją pewnego stanu rzeczy, ponieważ oni nic innego, poza uprawianiem propagandy nie umieją robić (zresztą chyba po nic innego nie szli do mediów, podejrzewam). Za to im się płaci i to robią, z podziwu godnymi rezultatami, dodajmy, ale nie należy popadać w taką skrajność, że zaczniemy szukać jakiejś racjonalnej wiedzy o współczesnym świecie i jakichś koncepcji politycznych tam, gdzie ich nie ma, a więc u, by rzec językiem T. S. Eliota, "wydrążonych ludzi". Tylko wtedy bowiem zrozumiemy mechanizmy "dziennikarskiej wyrozumiałości" wobec permanentnego nieróbstwa i indolencji PO, a nieustanne wytykanie kolejnych "porażających" przestępstw PiS-u.         

Nie okłamujmy się, III RP jest iluzją życia politycznego i branie pozorów za rzeczywistość nie służy nie tylko naukowej refleksji nad tym, co nas otacza, ale i racjonalnej debacie publicznej. Nie obchodzi mnie specjalnie los "grillujących Polaków" (określenie prof. P. Śpiewaka), gdyż tym przemówi do rozsądku dogasający grillik. Chciałbym, żeby ludzie zdolni do namysłu nad rzeczywistością społeczno-polityczną szukali nieco głębiej racji służących jej wyjaśnieniu.      

http://www.rp.pl/artykul/9133,194550_Tajemnica_popularnosci_Platformy_.html

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Dodajmy jeszcze o dyskryminowaniu pewnych grup społecznych przez sondarzownie: http://niepoprawni.pl/content/zatrzeslo-nia

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#5030