Religijne dylematy czerwonych

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj

Nic mie tak nie cieszy, jak szczera troska starych komunistów o sprawy Kościoła. Mają oni zwykle wielkie serce wobec wszelkich herezji, natomiast wszelkie przejawy katolickiej ortodoksji tępią z zapamiętałością większą od gorliwości neofitów.

Oto np. D. Passent, niezmordowany (jak swego czasu A. Małachowski na mównicy sejmowej, który walczył z klerykalizacją III RP), intelektualista, co zęby zjadł na popieraniu sowietyzmu w Polsce, ubolewa nad próbami przywrócenia święta Trzech Króli, wypominając, ileż to Polacy ("na tle Europy", panie, prawda) mają dni wolnych, choć akurat komunistyczne "święto pracy" (połączone ze świętowaniem "wejścia do UE") mu na pewno nie przeszkadza (ach, te barwne pochody ze szturmówkami, łza się w opku kręci nie tylko Passentowi, podejrzewam) i jego zniesienie uważałby za powrót obskurantyzmu i kołtunerii, z którą czerwona "Polityka" walczyła przez długie dekady peerelu, nie tylko piórem Passenta, ale i innego niezmordowanego satyryka, czyli R. M. Grońskiego, którego los zamiast do jakiegoś sowieckiego "Krokodiła" rzucił na jedną ze stron óczesnego tygodnika peerelowskiej inteligencji krytycznej.

Passent jednak nie poprzestaje na tym (przy okazji, oczywiście, dyżurnie rozprawiając się z PiS-em ("Można powiedzieć, ci ludzie Boga w sercu nie mają", jak stwierdza), jak w każdym ze swych felietonów - ot taki nawyk, jak kiedyś się publicyści czerwonogłowi rutynowo przy każdej okazji rozprawiali z romaitymi rodzajami "reakcji", "kontrrewolucji" i innych "pogrobowców" chcących stawać na drodze wichrowi dziejów rozpętanemu "wystrzałami z Aurory").

 

Przy okazji załamuje ręce nad tym, że nie mówi się u nas o kompletnym upadku czy martwocie samego Kościoła (przywołuje na poparcie swojej tezy - myśliciela odważnego w tej materii, jednego z francuskich lewicowych historyków) oraz przyznaje szczerze, że mierzi go, jak w mediach używają dziennikarze określenia "Ojciec Święty" (ja też sądzę, że określenie "pan papież" użyte kiedyś w wypowiedzi skierowanej do Jana Pawła II (chyba to było na korytarzach sejmowych niedługo po słynnym przemówieniu w polskim parlamencie) mogłoby być stosowniejsze i przy okazji zawierające odpowiednią dozę wytęsknionej przez Passenta laickości).

Żeby jednak było śmieszniej, Passent, deklarujący się jako "niewierzący" (zawsze to jakiś wyraz odwagi w tych sklerykalizowanych czasach - choć mam tu zagwozdkę: niby klechistan napiera, a zarazem Kościół jest martwy - no ale to już meandry dialektyki marksistowskiej, nieobcej przecież nie tylko publicystom "Polityki") popada w jakąś jesienną depresję, twierdząc, że:

"ten kryzys religijności wcale nie cieszy, zwłaszcza gdyby miał on dotyczyć nie tylko katolicyzmu, ale i protestantyzmu. Bez chrześcijaństwa, bez dekalogu, bez Biblii nie sposób sobie wyobrazić Europy i naszej cywilizacji."

Wprawdzie to pieśń dosyć nowa, jeśli chodzi o repertuar dotychczasowych szlagierów wykonywanych przez tego szołmena, ale nie bądźmy małostkowi. Passent dodaje, że nie może pogodzić się z wizją świata pozbawionego nawet hamulców religijnych. W sukurs biednemu Passentowi przychodzi nieoczekiwanie - także zatroskana z jednej strony o klerykalizację, z drugiej o upadek obyczajów, "Trybuna", która - jak za dawnych lat - walczy z Watykanem. Otóż watykańscy zamordyści ośmielają się grozić palcem ks. prof. W. Hryniewiczowi m.in. za uporczywe głoszenie herezji o powszechnym zbawieniu grzeszników (swoją drogą, od dziesięcioleci, wielką admiracją do tej koncepcji pałają środowiska postępowego katolicyzmu skupionego wokół krakowskiego "Znaku"), tak że w obronie teologa stanęła czujna redakcja "Trybuny" właśnie.

Akurat w tej kwestii komunistów doskonale rozumiem (i mam nadzieję, że o tej bulwersującej akcji imperialistycznego Watykanu (a ściślej Kongregacji Nauki i Wiary) napisze wnet i sam Passent), ponieważ wizja pustego piekła i przepełnionego po brzegi nieba, w którym Stalin przechadza się z Hitlerem pod rękę, chóry złożone z wymordowanych przez tych wielkich budowniczych światowego socjalizmu wznoszą hymny typu "Make Love not War", zaś rozmaici politrucy ligają sobie na leżaczkach jak kiedyś w legendarnych Oborach i wygrzewają twarze w wiecznym słońcu na pewno jest kusząca.  Bardzo kusząca. I tu dawanie odporu reakcyjnym watykanistom i papieskim pieskom jest jak najbardziej na miejscu i na czasie, zwłaszcza gdy ponury żniwiarz przechadza się już niecierpliwym krokiem pod oknami rozmaitych, co tu dużo kryć, wiekowych (a zasłużonych w walce z reakcyjnym klerem) redakcji. Tylko, że z takimi niezdrowymi pokusami na sądzie ostatecznym można się nieźle przejechać, co i Passentowi, i innym starym komunistom daję pod rozwagę. 

Ale i młodym też.

 

http://passent.blog.polityka.pl/?p=488
http://www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2008092203  

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

bo obłuda mnie brzydzi.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#5025