Między mundurem a sutanną

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj

Przyznaję się bez bicia, że jak nie mam o czym pisać, to włażę na bezczelnego między komunistów i słucham, co też w czerwonych trawach piszczy. Jest to niezawodny sposób na znalezienie tematu, ponieważ zazwyczaj komunistom spędza sen z powiek to, co dla normalnego człowieka jest czymś naturalnym. Nigdy się jeszcze nie zawiodłem na tej metodzie i proponuję ją każdemu, kto zaczyna dzień z pustką w głowie. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, a na cholerę śledzić to, co czerwoni piszą. Sprawa jest prosta – dlatego, że czerwoni wciąż są u władzy od 1989 r. w mniej lub bardziej widoczny sposób. Kto tego nie widzi, niech sobie skonsultuje kwestie ostrości obrazu z okulistą. No ale ktoś może powiedzieć, że młodsze pokolenie czerwonych jeszcze władzy w ogóle nie zakosztowało, jeno sobie dyrdymały wypisuje i nikomu to specjalnie nie szkodzi. Śmiem więc przypomnieć, że taki Olek Kwaśniewski zaczynał skromnie w czasopiśmie „itd.”, a jak wysoko go fala historii potem wyniosła?

Nie należy zatem lekceważyć tego, iż staż ludzi związanych z komunizmem odbywa się zwykle w ramach realizowania organizatorskiej funkcji prasy. Gdzie wszak sprawdza się ideowców, jak nie na froncie walki ideowej? Czytać zatem należy czerwonych, ponieważ nie znamy dnia ani godziny, gdy kolbą załomocą do naszych drzwi, wiemy bowiem skądinąd, że żadnemu czerwonemu włos z głowy nie spadł po 1989 r., choć wydawało się, że komunizm to system bardziej zbrodniczy od niemieckiego narodowego socjalizmu. No ale Niemcy niby też z jednej strony rozliczali ten swój wschodnioniemiecki komunizm, ale takiego E. Honeckera to ani nie powiesili, ani jakoś szczególnie po kazamatach nie powłóczyli. Może to jakiś sentyment do twardorękich, który odzywa się w duszy niemieckiej raz po raz, a dziś nawet bardziej? No ale cicho sza, bo w naszym kraju niejedno niemieckie ucho pilnie nasłuchuje, co z kolei w oszołomskiej sferze piszczy.

Skoro już pewne rzeczy sobie wyjaśniliśmy, przejdźmy do meritum. Oto niejaki K. Tomasik, mały wielki człowiek, zdumiewa się na łamach „Krytyki Politycznej” repertuarem kina polskiego. Temat, jak każdy inny, ale ujął mnie tytuł tekstu: „Mundury i sutanny”. Od razu rzuciłem się do lektury. Kto bowiem wie więcej o mundurach, no i przy okazji o sutannach, jak nie komuniści? Wszak rewolucja bolszewicka to był zryw bardzo wielu mundurowych (choć niektórzy woleli występować w cywilu), zresztą taki np. L. Trocki, ukochany przez marksistów na zachodnich uczelniach (choć i Lenin coraz śmielej powraca; jedynie do Stalina jakaś mniejsza wciąż sympatia, nie wiedzieć, czemu) to nawet optował za tzw. wojennym komunizmem, czyli czymś takim, co realizował np. Mao w okresie chińskiego „wielkiego skoku” (w Europie wielki skok dopiero przed nami, spokojnie, niech no się UE nareszcie ukonstytuuje jako superpaństwo). Mundurowi tworzyli też zręby „Polski Ludowej” (do której wciąż wzdycha niejeden czerwony, jakby nie chciał zauważyć, że postpeerel daje o wiele więcej komunistom aniżeli mógł dać peerel), bo przecież najpierw musieli rozprawić się z potwornymi „leśnymi bandami”, potem zaś zbudować „demokrację socjalistyczną”, co wymagało wielu poświęceń w postaci ciężkiej pracy w sądownictwie i więziennictwie. Mundurowi pilnowali, by chuligani czy inna bananowa młodzież nie demolowali miast lub zakładów. Mundurowi też doprowadzili do wprowadzenia ozdrowieńczego stanu wojennego, stanowiącego, jak wiemy, początek transformacji ustrojowej, czyli gruntownej przebudowy chałupy właścicieli Polski. Mundurowi stworzyli ośrodki badań opinii publicznej, założyli wolne media, słowem - dali obywatelom to, czego sami obywatele osiągnąć nie byli w stanie. Mundurowi też, dodajmy, trzymali niejednego „sutanniarza” w szachu, bo akurat sutanniarze nie za bardzo pojmowali, na czym polegają uroki budowania bolszewickiego raju na ziemi.

No ale nie o takie mundury, niestety, Tomasikowi chodzi:

„„Polacy chcą historii w kinie” – obwieściła „Rzeczpospolita” (19.03). I ma na to mocne dowody– przeprowadzony na własne zlecenie sondaż GFK Polonia.

Jakie pytanie - taka odpowiedź, jaka teza - taki sondaż, chciałoby się powiedzieć patrząc na badania, którym poddano 1000 osób. Główna kwestia dotyczyła określenia czy filmów i seriali o współczesnej polskiej historii powstaje: za mało, za dużo czy w sam raz. 43% badanych uznało, że za mało, 36%, że w sam raz, 4%, że za dużo, a 17% nie miało zdania.

A teraz kolejne pytanie: o postać polskiej historii najnowszej o której najchętniej by się obejrzało film. Odpowiedzi znów dość przewidywalne: Jan Paweł II (40%), Jerzy Popiełuszko (31%), Józef Piłsudski (18%), Stefan Wyszyński (17%), Władysław Sikorski (16%).”

Proszę zwrócić uwagę, jak ładnie, tzn. klasycystycznie zaciąga w swej mowie Tomasik, powiada bowiem: Stefan Wyszyński, Jerzy Popiełuszko. Dziwne, że nie dodał Karol Wojtyła, choć mógł się też posłużyć słynną frazą „pan papież” i byłoby dobrze. No ale mniejsza o szczegóły, o co bowiem Tomasikowi chodzi?

„Mnie jednak bardziej zainteresowały wyniki drugiego sondażu. Bo jak się dostaje taki zestaw nazwisk, to aż się prosi, żeby zadać kolejne pytanie: czy to znaczy, że poprzednie produkcje poświęcone tym osobom zawiodły państwa oczekiwania? Tak się bowiem składa, że o całej piątce filmy lub seriale już zrealizowano, choć w komentarzach nikt się o tym nie zająknął. Problemem nie jest więc jak zwykle „czy”, ale „jakie” filmy historyczne robić. Na pewno nie takie jak Karol – człowiek, który coś tam czy Katastrofa w Gibraltarze o ostatnich chwilach z życia Sikorskiego (faktycznie katastrofa).

A swoją drogą to ciekawe, że postacie jakie zaproponowano w badaniu, to wojskowi i księża. Najwyraźniej polska historia to tylko mundury i sutanny. Może już najwyższa pora sięgnąć po inne kostiumy, kino też na tym zyska.”

Tomasik powinien napisać, nie „Karol-człowiek który coś tam” (pisownia oryg.), jeno „Karol cośtam”, wtedy byłoby śmieszniej, ale skądinąd wiemy, że konwencję humoru wyznacza czerwonym film „Świat się śmieje” i właściwie poza ten kanon nikt z czerwonych stara się nie wychodzić od wielu lat. Nic więc też dziwnego, że taki Tomasik nie ma na co chodzić do kina, ponieważ nie takie mundury są pokazywane jak trzeba. Chociaż, Bogiem a prawdą, w filmie „Katyń” Wajdy, niezwykle pozytywie przedstawiony jest oficer armii czerwonej, no więc choćby na ten skromny ukłon w stronę starych tradycji kina sowieckiego powinien Tomasik zwrócić uwagę. No bo chyba takie mundury są OK, do cholery, nie można powiedzieć przecie, że wszystkie mundury są do wyrzucenia, bo przecież Lenin w mauzoleum, a Dzierżyński w grobie by się zwywracali. Gorzej z sutannami, to fakt. Tu by trzeba konstruować jakiś porządny film o księżach zaangażowanych w teologię wyzwolenia w III świecie. W głównej roli mógłby wystąpić ten eks-ksiądz, co „Fakty i Mity” zakładał z innymi esbekami, aczkolwiek i Tomasikowi dałbym jakąś choćby drugoplanową rolę, wszak „temat Kościoła” powraca w jego felietonistyce co rusz.

W innym miejscu bowiem pisze publicysta „Krytyki Politycznej” tak:

„Piąta strona środowej „Gazety Wyborczej” z 4 marca informuje, że przeprowadzono badania nt. wiary na reprezentatywnej grupie losowej. Wynika z nich, że 95% polskiego społeczeństwa określa się jako katolickie. Dalej jest triumfalne obwieszenie Rafała Boguszewskiego z CBOS-u: „deklaracje wiary i praktyk religijnych nie uległy znaczącej zmianie w ciągu ostatnich 20 lat”. Na mnie te wyniki nie robią specjalnego wrażenia, chętniej bym przeczytał raczej co ten katolicyzm za sobą pociąga. Podano, że ponad połowa deklaruje co najmniej raz w tygodniu udział we mszy świętej, a 42% codzienną modlitwę (cokolwiek to znaczy). A dalej? Jaki procent przyjmuje komunię świętą? A jaki obowiązkową dla katolików komunię w czasie Wielkanocy? Może należy policzyć liczbę wydanych wtedy hostii i to nam da realne pojęcie o tym ile w Polsce jest katolików i katoliczek?

A teraz kolejne pytanie, co to katolickie 95% czyta? I czy w ogóle czyta? Bo na następnej stronie środowej „Gazety” kolejny news – „Stan kryzysowy w ‘Tygodniku Powszechnym’”. Okazuje się, że pismo pada, a ksiądz Boniecki apeluje do czytelników o finansowe wsparcie.”

Tak się zacząłem zastanawiać (za autorem, rzecz jasna), co dla komunisty może za sobą pociągać katolicyzm. Zaskakujące, że sam czerwony tego nie wie, wszak „już Marks powiedział”, że religia to opium dla mas, zaś w systemie łagrów i pracy niewolniczej przekuwało się duchowieństwo na jakąś bardziej strawną dla sowieckiej władzy papę, choć w przypadku Polski to może nie do końca się udało, ale kto wie, czy gdyby wielki i mądry Soso, którego stopy całował niejeden poeta, nie pożył dłużej, to by i inaczej sutanniarze nie zatańczyli. No ale wspominam to wszystko nie przypadkowo, gdyż Tomasik chyba ma jakieś pojęcie w tym kontekście przynajmniej o tradycji marksistowsko-leinowskiej, a gdzie jak gdzie, ale na UW to sporo marksistowskiej elity intelektualnej wichry dziejów przywiewały. Wot, stolica.

Tomasik jednak pisze dalej:

„Dlaczego korporacja nie wykłada niezbędnych funduszy na swój produkt? Dlaczego w społeczeństwie w 95% katolickim kupowanie katolickiego tygodnika przedstawia się jako misję, do której trzeba będzie dokładać? A przede wszystkim – gdzie jest to słynne, racjonalne działanie korporacji? Dlaczego firma pół roku po zakupie nie ma niewielkich pieniędzy dla pisma, w które już zainwestowała?

Może to wszystko zostało wliczone w koszty? Może korporacje w kwestii zdobywania funduszy stosują po prostu strategię Kościoła katolickiego, który sam będąc bardzo majętną instytucją ciągle prosi o datki wiernych.”

Jak to jest, że ludzie nie kupują „TP”? No tak to jest, że najpewniej „TP” jest za mądry. Już tylu zacnych ludzi przestrzegało przed polską niedojrzałością do demokracji, a czyż „TP” nie miał swojego mądrego i niezastąpionego wkładu w ład demokratyczny szczególnie po 1989 r.? Nawet bidny Jan Paweł II musiał napisać otwarcie do redakcji (nomen omen w kwietniu 1995; z tego, co wiem, redakcja opublikowała list dopiero po miesiącu zwlekania), że – mówiąc oględnie – otwarty katolicyzm katolickiego tygodnika poszedł już tak daleko, że samego Następcę św. Piotra zaczęła ona sztorcować jak prowincjonalnego kaznodzieję:

„Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w ,, Tygodniku Powszechnym ". W tym trudnym momencie Kościół w ,,Tygodniku" nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; "nie czul się dość miłowany" - jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem...”

Treść tego listu, jak dla mnie to było wtedy niezłe memento po kilkudziesięciu latach działalności „TP”, z którym przecież także współpracował swego czasu ks. abp Wojtyła. Przyznam szczerze, że dla mnie było to jak zatrzaśnięcie wieka od trumny (sporządzonej przez Kisiela w jego „Dziennikach”) i od tamtej pory traktuję „TP” jako coś w rodzaju rzadkiego okazu dziczki w naszej postpeerelowskiej oranżerii, zaś to, że pielęgnacją tej dziczki zajął się akurat zacny i znany koncern ITI specjalizujący się w inżynierii dusz a la XXI w. to już tylko znak czasów wspaniałej III RP.

Tymczasem Tomasik pisze tu tak, jakby o całej skomplikowanej historii „TP” nic kompletnie nie wiedział. Ejże, taż przecież nie samym Żiżkiem człowiek żyć może! Opamiętajcie się młodzi marksiści-leniniści. W prawdzie do czasopisma „Bez Dogmatu”, w którym skryła się cała masa biednych, trzęsących portkami, marksistów i marksistek, jeszcze „TP” daleko, ale bez dogmatyki katolickiej coraz lepiej on sobie zaczyna radzić. Może więc przyjść dzień, że sam Tomasik zacznie czytywać „TP” i ratować go finansowo, choć, jak się domyślamy, z katolicyzmem nic wspólnego mieć nie chce (co dla czerwonych jest czymś naturalnym, nie tylko bowiem diabeł się święconej wody piekielnie boi). Oczywiście, sutanny Tomasik w ten sposób nie założy, ale już mundurek pioniera czy ZMS-owca pasować będzie, jak ulał, wszyscy czerwoni bowiem nie tylko z jednej gliny są ulepieni, ale i spod jednej matrycy wychodzą, jakby wciąż ta sama tłocznia politruków pracowała gdzieś pod Moskwą.

http://www.krytykapolityczna.pl/Krzysztof-Tomasik/Mundury-i-sutanny/menu...
http://www.krytykapolityczna.pl/Krzysztof-Tomasik/Korporacja-jak-Kosciol...

Ocena wpisu: 
Brak głosów