Koszmar nie powróci

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj

Wydawałoby się, że od ludzi mających tytuł doktora politologii można się spodziewać w miarę rozsądnych prognoz dotyczących rzeczywistości społeczno-politycznej, tymczasem nie. M. Migalski ze swą wizją powrotu L. Wałęsy na stolec prezydenta niezbicie tego dowodzi.

Długo już nie czytałem równie niedorzecznej diagnozy politycznej i zaczynam podejrzewać, że politologia to pseudonauka, której reprezentanci udają, że dokonują jakichś analiz, tak naprawdę jednak pozostają w sferze albo futurologii, albo konfabulacji. Mimo że od futurologii do konfabulacji wcale nie jest daleko, wystarczy wspomnieć choćby, że na początku XXI wieku mieliśmy latać nad ziemią, a nie poruszać się samochodami oraz kolonizować odległe planety - to jednak od ludzi z tytułami naukowymi nie oczekuje się pitolenia od rzeczy tylko jakiegoś racjonalnego podejścia do badanych problemów. Niestety, może żądamy zbyt wiele?

Oto dr Migalski snuje (makabryczną, przyznać trzeba) wizję politycznego comebacku Wałęsy i możliwości jego zwycięstwa w wyborach prezydenckich. Gdyby ktoś tego typu tekst opublikował na 1 kwietnia, to może bym się nawet zaśmiał, jeśli jednak ktoś tak pisze w normalnym sezonie politycznym, to ogarnia mnie wprost zażenowanie. Owszem, można rozumieć uprawianie politologii jako swego rodzaju nauki kombinatorycznej, w ramach której zestawia się czyste możliwości, a potem się rozważa, co z tego może wyniknąć. Z tego, co jednak wiem, politologia bardziej się przydaje, jeśli jest w stanie dostarczyć diagnoz dotyczących tego, co się dzieje tu i teraz (oraz nakreślić ewentualne konsekwencje aktualnych zdarzeń), a nie wróżb z fusów. 

Migalski zbiera przesłanki do swojego rozumowania, z których co jedna, to fałszywa. Po pierwsze:

"Były prezydent nie schodzi z łam gazet i ekranów telewizyjnych. Jest obecny przy każdej okazji i sam pcha się do mediów. Do niedawna można to było traktować jako przejaw jego niezadowolenia z przedwczesnej emerytury, ale w ostatnim czasie widać w tym pewien polityczny plan."

Za czasów kaczyzmu powrót medialno-polityczny Wałęsy to było coś jak koszmar z ulicy Wiązów, zwł. że Wałęsa wystąpił u boku takich obrońców demokracji jak A. Olechowski i A. Kwaśniewski

 

(pomijając zaniepokojonych o los polskiej demokracji artystów, jak A. Wajda, D. Olbrychski etc.), a odzew dla tego typu inicjatywy był mniej niż skromny. Obecna zaś cyrkulacja Wałęsy po mediach to przedłużenie wielkiej dyskusji, jaka przetoczyła się wokół edycji książki IPN-u. Nie wiem, czy Migalski już o tym wszystkim zapomniał, skoro pisze:

"Wałęsa nigdy nie ukrywał, że uważa werdykt wyborców z 1995 roku za niesprawiedliwy – swoją przegraną z Aleksandrem Kwaśniewskim mocno przeżył i już pięć lat później ponownie stanął do wyborów prezydenckich."

I zaraz dodaje:

"Uzyskał jednak upokarzające jednoprocentowe poparcie."

Wprawdzie Migalski ma świadomość, że wtedy doszło do kresu politycznej kariery Wałęsy, ale po chwili dochodzi do wniosku, że z tym odtrąbianiem emerytury dawnego przywódcy "Solidarności" jest jeszcze za wcześnie. Ja nie miałbym nic przeciwko temu, by Wałęsa nagle pojawił się jako kandydat na prezydenta, ponieważ gdyby uzyskał po raz kolejny jednoprocentowe poparcie albo półprocentowe, to mógłby się uciszyć na długie lata, ku wielkiemu pożytkowi publicznemu, nie mam jednak bladego pojęcia, jak Migalski sobie wybraża wygranie przez Wałęsę wyborów.

Politolog twierdzi jeszcze, że Tusk za parę lat będzie doszczętnie zgrany (co akurat wcale nie jest dalekie od prawdy - mając takich ciemnych ministrów jak K. Hall choćby, to weźmie na siebie odium polityczno-gospodarczej klęski swojego rządu - i dobrze), ale nie będzie chciał dopuścić do kandydowania Komorowskiego czy Sikorskiego, więc może zgodzić się na otrzepanie z kurzu Wałęsy i postawienie go do wyborczej walki. Jest to tak komiczne rozumowanie, że boki zrywać.

Zacznijmy od tego, że Migalski zdaje się w ogóle nie brać pod uwagę, jak naprawdę ludzie odbierają Wałęsę. Zaskoczony jakimś egzotycznym sondażem dotyczącym... popularności polityków, Migalski ulega jakiemuś zamroczeniu i stwierdza, że Polacy już nie pamiętają, jaki był Wałęsa i co ze sobą jego koszmarna polityczna postać niesie. Sądzę, że jest dokładnie przeciwnie. Wałęsa ostatnio mógł się cieszyć sławą z tej racji, że w sposób wyjątkowo chamski obrażał a to prezydenta, a to PiS, a to IPN. Owszem, niektóre media wykorzystywały tego typu wypowiedzi, by cmokać z zadowoleniem nad bezkompromisowością Wałęsy. Wystarczyłoby jednak, by Wałęsa pojawił się w jakimś programie, w którym pozwolono by mu gadać przez godzinę, a podejrzewam, że najgorętsi wielbiciele jego krasomówczego talentu zadrżeliby na myśl, że tenże Wałęsa miałby znowu mieć jakichś wpływ na sprawy polskie.

Migalski może mieć także kłopoty z pamięcią, skoro nie bierze pod uwagę tego, że zwycięstwo Kwaśniewskiego w 1995 r. wynikało głównie z ogromu nienawiści społecznej (całkowicie uzasadnionej, dodam), jaką skupił na sobie Wałęsa.

 

Pod koniec jego kadencji od wiejskiej knajpy po sklepy w wielkich miastach słychać było głosy niekłamanego oburzenia na Wałęsę, na jego postawę i język. Te głosy powróciłyby z tą samą siłą i dziś, gdyby ośmielił się kandydować na prezydenta, ponieważ nie zmienił się on ani na jotę. Tak samo się zachowuje, tak samo mówi swoją pokraczną gwarą, tak samo zarazem nie ma kompletnie nic sensownego do powiedzenia (twierdzenie więc, że Wałęsa może wnet podebrać elektorat Kaczyńskiemu to czysty nonsens). 

Fenomen tego zagubionego w rzeczywistości polityka, który pychą przewyższa najbardziej zadufanych w sobie artystów, polega na tym, że uważa on, że jest nieomylny (mylić się może cały świat, a nie on). Ciężko byłoby znaleźć polityka o większej głupocie paradującej wraz z taką megalomanią i mitomanią. Najciekawsze jednak jest to, że Wałęsa kompletnie sobie z tego nie zdaje sprawy. Ale mnie nie obchodzi Wałęsa, to wszak Migalski, który chyba ma nieco więcej rozumu od byłego przywódcy "Solidarności", powinien zdawać sobie z tego sprawę.

Gdyby Tusk chciał zatopić Platformę, to kandydatura Wałęsy byłaby najlepszym prezentem nie tylko dla L. Kaczyńskiego jako kontrkandydata, ale i dla PiS-u w ogóle. Już prędzej zbliżenie PO do komunistów i np. poparcie W. Cimoszewicza (jeśli mielibyśmy się poruszać w sferze czystych możliwości) dałoby lepszy (choć oczywiście nie zwycięski) wynik w wyborach prezydenckich, ale na pewno nie wystawienie Wałęsy. Dopóki bowiem jeździł on z "wykładami" po świecie i czasami rzucał swoimi mądrościami z oddali, komentując polską politykę przy różnych okazjach, dopóty miał szansę na spokojne odcinanie kuponów. Odkąd jednak zaczął powracać w mediach, jak jakaś mara senna, udzielając wywiadów w swoim (kompromitującym go całkowicie) stylu, odtąd na samą myśl, że mógłby zająć jakieś eksponowane miejsce w Polsce wielu ludziom włos się jeży na głowie. Nie chodzi tylko o to, że dwa razy się nie wchodzi do tej samej rzeki, ale też o to, że Wałęsa kojarzy się z wyjątkowo ciężkimi czasami pierwszej pięciolatki lat 90. i mógłby być usosobieniem (a nawet chodzącą przepowiednią) jakiegoś mrocznego cofnięcia się w czasie, a tego, sądzę, mało kto by w Polsce chciał.   

Migalski rozważając możliwość zwycięstwa Wałęsy w wyborach prezydenckich nie bierze pod uwagę także tego, że - brutalnie mówiąc - Wałęsa się do polityki w ogóle nie nadaje. Nie potrafi być politykiem i nim nie będzie. Dowiódł tego nie tylko za swojej kadencji, ale i wielokrotnie później. I nie musi nam tego dowodzić już nigdy. Zdobyłby sobie więcej szacunku, gdyby siedział cicho, ale nawet tego nie umie, zamieniając się z biegiem lat w karykaturę samego siebie. 

http://www.rp.pl/artykul/9157,184084_Pompowanie_Walesy_.html        

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Miałem szacunek do ocen Migalskiego, wiec także jestem mocno zaskoczony. Po namyśle muszę przyznać, ze kombinacja jest zmyślna. Nie mozna mieć pewności, ze wszyscy myśla tak samo jak my, czyli uznaja Wałęsę za głupka i całkiem mozliwego agenta.
Przeczytałem dziś, że Tusk zaczyna kombinować ze zmianą konstytucji w zakresie kompetencji premiera i prezysenta. Gdyby rola prezydenta sprowadzona została do funkcji dekoracyjnej, to fotel przestałby być tak kuszący dla któregokolwiek z liderów PO, a w sam raz dla jakiegoś figuranta. Platforma mocno trzyma z Wałęsą, który dla odmiany poczynił liczne kroki w kierynku lewicy i jest znów sztandarem antypisizmu, jako ofiara podłej nagonki...
Wątpię szczerze, żeby cały numer się udał, ale przypomina mi sie też, że Polacy dwa razy z własnej nieprzymuszonej woli wybrali Kwaśniewskiego.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

-------------------------
"Dixi et salvavi animam meam"

#3368

Uprzejmie zwracam uwagę, że "figurant" to również ktoś obrabiany przez bezpiekę?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

filut

#3387

Wałęsa jest "dwa w jednym". I figrant i agent. Zadowoli wszystkich.
Figurant jako "obiekt działań operacyjnych" jest nowym znaczeniem pochodzącym ze slangu bezpieki. Trudno nie używac starego, szczególnie, jeśli jest akuratne.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

-------------------------
"Dixi et salvavi animam meam"

#3389